Rok cold mailingu B2B dla firmy transportowej. Co naprawdę zadziałało, a co tylko ładnie wyglądało w prezentacji

Pierwszy mail tej kampanii poszedł do spedytora, którego nazwisko przepisałem z błędem. „Dzień dobry Panie Marcinie" - a on był Marek. Odpisał zresztą, krótko: „Jestem Marek, ale przesyłka brzmi ciekawie, proszę o szczegóły". Śmieszne, gdyby nie to, że to ja zbudowałem system, który miał takich literówek nie robić.

Tak zaczął się rok, w którym prowadziłem dedykowany cold mailing B2B dla firmy transportowej - Artura Jaska, transport międzynarodowy z Białej Podlaskiej. Nie tydzień próbny, nie „odpalmy i zobaczymy". Dwanaście miesięcy realnej kampanii do prospektów, z prawdziwym budżetem klienta i jego nazwiskiem pod każdym mailem. Prowadzę agencję AI dla MŚP i mam zasadę, że niczego nie wdrażam u klienta, czego wcześniej nie przeprowadziłem na własnej skórze. Tu skóra była podwójnie wystawiona - bo każdy mail, który trafiał do spamu, to był nie mój prospekt, tylko cudza szansa na kontrakt. Ten tekst jest o tym, co przez ten rok faktycznie podniosło liczbę odpowiedzi, a co tylko ładnie wyglądało na slajdzie. Tych drugich rzeczy było więcej, niż się spodziewałem.

Spis treści

Dlaczego w ogóle dedykowany mailing, a nie kolejny SaaS?

Zacznijmy od tego, czym to nie było. To nie był Lemlist, Smartlead ani Reply.io. Nie kupiliśmy narzędzia, w którym wybiera się szablon z biblioteki, wkleja listę z Apollo i naciska „start". Zbudowaliśmy coś bliżej rzemiosła niż oprogramowania - własną domenę nadawczą, własną listę budowaną ręcznie, własny content pisany pod konkretną osobę, własny monitoring dostarczalności. Stąd słowo „dedykowany". Cała maszyna istniała pod jednego klienta i nikt z nim nie współdzielił reputacji nadawcy.

Dlaczego nie poszliśmy w gotowy SaaS, skoro jest tańszy na wejściu? Bo widziałem ten film wielokrotnie. Firma kupuje narzędzie do cold mailingu, odpala kampanię, maile trafiają do spamu, więc zmienia narzędzie - i maile dalej trafiają do spamu. Problem prawie nigdy nie leży w narzędziu. Leży w dwóch miejscach, których żaden SaaS za ciebie nie naprawi: w treści, która wygląda jak template, i w infrastrukturze, którą dzielisz z tysiącem innych nadawców o nadszarpniętej reputacji. Możesz mieć najlepszy samochód w mieście, ale jak wlejesz do niego zły olej, silnik i tak siądzie.

W transporcie to było szczególnie wyraźne, bo odbiorcy - spedytorzy, działy zakupów u producentów, logistycy - dostają dziesiątki ofert dziennie. Wytrenowane oko poznaje masówkę po pierwszym zdaniu. Jeśli mail zaczyna się od „Mam nadzieję, że ten email zastaje Pana w dobrym momencie", ląduje w koszu, zanim dojdzie do oferty. Branża jest mała, ludzie się znają, a złe pierwsze wrażenie potrafi zamknąć drzwi na rok. Dlatego stawką nie była liczba wysłanych maili. Stawką była reputacja klienta w jego własnej branży.

Jakie liczby naprawdę wyszły po roku?

Zacznę od twardych danych, bo bez nich reszta to opowiastki. Najbardziej intensywna część - cztery miesiące pełnego ognia - wyglądała tak:

  • 6 996 maili wysłanych, każdy z unikalnym tematem - zero powtórzonego szablonu
  • 47% open rate - przy średniej dla polskiego B2B w okolicach 24%, czyli prawie dwa razy więcej niż rynek
  • 2% bounce rate - dla porównania typowa kampania na gotowym SaaS odbija się na 6 - 8%
  • 8,4% reply rate - odsetek odpowiedzi, nie tylko otwarć
  • 102 umówione spotkania z prospektami
  • 103 dolary wydane na model AI, który pisał treści

To ostatnie zdanie czytelnicy zwykle czytają dwa razy. Sto trzy dolary na sztuczną inteligencję przez cztery miesiące. Agencja typu SDR-as-a-service liczy za napisany mail 8 - 12 zł, więc gdyby te 6 996 maili pisał człowiek na zlecenie, rachunek szedłby w okolice 70 tysięcy. Różnica jest absurdalna i celowo ją pokazuję, ale zaraz dorzucę haczyk, bo bez niego ta liczba kłamie.

Pozostałe miesiące roku to było już co innego - mniejszy wolumen, więcej iteracji, dopracowywanie list i sekwencji, reagowanie na sezonowość w transporcie. I właśnie tam, w tej spokojniejszej, mniej efektownej części, nauczyłem się rzeczy, których cztery miesiące fajerwerków by mi nie pokazały. Bo open rate 47% wygląda świetnie w prezentacji, ale prawdziwy biznes robi się na tym, ile z tych otwarć zamieniło się w rozmowę, a z rozmowy w kontrakt. A to widać dopiero w dłuższym oknie. Po stronie klienta przełożyło się to na realny wzrost - dzienna sprzedaż w szczytowym okresie poszła w górę z około 45 tysięcy euro do 68 tysięcy, a skrzynka zamiast pustki zaczęła generować po kilka zapytań dziennie od potencjalnych klientów.

Co podniosło odpowiedzi najbardziej - i to nie był temat maila

Tu jest mit, który chcę rozbroić od razu, bo sam w niego wierzyłem na starcie. Wszyscy mówią, że w cold mailingu wszystko zależy od tematu wiadomości. Otóż nie. Temat decyduje, czy mail w ogóle otworzą - to prawda. Ale o tym, czy ktoś odpisze, decyduje pierwsze zdanie po otwarciu. I to pierwsze zdanie musi udowodnić jedną rzecz: że to nie jest masówka.

Najmocniejszy skok odpowiedzi przyszedł, kiedy przestaliśmy pisać o sobie, a zaczęliśmy pisać o odbiorcy. Brzmi banalnie, ale w praktyce oznaczało żmudną pracę. Zanim AI napisała mail, najpierw zbierała kontekst o firmie odbiorcy - czym się zajmuje, jakie kierunki obsługuje, co publikowała ostatnio, jakiej floty używa. Dopiero na tym kontekście powstawała treść. Mail do spedytora obsługującego Beneluks zaczynał się inaczej niż mail do producenta wożącego towar do Niemiec. Nie „personalizacja" w sensie wstawienia imienia w pole {{name}} - tym się dziś nikogo nie nabiera. Personalizacja w sensie: ten mail mógł powstać tylko dla ciebie i dla nikogo innego.

To samo robię dziś w innych projektach - opisywałem podobne podejście w tekście o tym, jak budujemy wywiad o firmach transportowych przed pierwszym kontaktem. Bo dobry cold mail nie zaczyna się od pisania. Zaczyna się od wiedzy o tym, do kogo piszesz.

Druga rzecz, która podniosła odpowiedzi bardziej niż się spodziewałem: krótkość. Im dłużej trwała kampania, tym krótsze stawały się maile. Pierwsze wersje miały po trzy akapity i konkretną ofertę. Działały słabiej niż trzy zdania zakończone jednym pytaniem. Decydent w transporcie czyta mail na telefonie, między rozładunkiem a telefonem od kierowcy. Nie ma czasu na twoją historię. Ma czas na jedno pytanie, na które może odpowiedzieć jednym zdaniem. „Wozicie coś regularnie na trasie X? Mamy tam wolne moce." Tyle. Reszta to rozmowa, nie mail.

Czy mniejsza lista może dać więcej odpowiedzi? Tak, i to sporo

Najdroższa lekcja całego roku, i jednocześnie najbardziej sprzeczna z intuicją. Przez pierwsze tygodnie żyłem w przekonaniu, które ma chyba każdy zaczynający cold mailing: więcej maili to więcej odpowiedzi. Logiczne, prawda? Wyślij dwa razy więcej, dostaniesz dwa razy więcej spotkań. Otóż nie tylko nieprawda - to wręcz odwrotnie działa, i potrafi cię zniszczyć.

Wyjaśnię, dlaczego. Kiedy wysyłasz na dużą, słabo zweryfikowaną listę, rośnie ci bounce rate, czyli odsetek maili, które odbijają się od nieistniejących skrzynek. A wysoki bounce to sygnał dla serwerów pocztowych, że jesteś spamerem. Twoja reputacja nadawcy spada, a wtedy nawet te maile, które trafiają do prawdziwych ludzi, lądują w spamie. Zła lista nie tylko nie dowozi odpowiedzi - ona psuje dostarczalność wszystkich pozostałych maili. To jak dolanie brudnej wody do czystego zbiornika. Wystarczy trochę, żeby zepsuć całość.

Kiedy zatrzymałem się i przeliczyłem to uczciwie, okazało się, że lista 500 ręcznie sprawdzonych, dobrze dobranych firm dawała więcej realnych rozmów niż 2 000 ściągniętych hurtem z bazy. Nie trochę więcej. Wyraźnie więcej. Bo na tej mniejszej liście prawie każdy adres był prawdziwy, prawie każda firma faktycznie mogła potrzebować transportu, a treść dało się napisać sensownie, bo wiedziałem, do kogo piszę. Segmentacja przestała być modnym słowem ze szkolenia. Stała się decyzją: do tej grupy piszemy o cłach i odprawach, do tamtej o terminowości, do trzeciej o cenie za kilometr.

Mam dziś prostą zasadę, którą powtarzam każdemu klientowi: jeśli musisz wybierać między listą o połowę mniejszą a o połowę gorszą, wybierz mniejszą. Zawsze. Ilość bez jakości w cold mailingu to nie jest neutralne - to jest aktywnie szkodliwe.

Jak pisać temat, żeby mail w ogóle otwarto?

Skoro temat nie decyduje o odpowiedzi, to po co się nim w ogóle przejmować? Bo decyduje o otwarciu, a mail nieotwarty nie ma żadnej szansy. Przez rok przetestowaliśmy setki wariantów i z tego chaosu wyłoniło się kilka wzorców, które działały powtarzalnie.

Najlepiej sprawdzał się temat, który brzmiał jak wiadomość od człowieka do człowieka, a nie jak nagłówek oferty. „Pytanie o trasy do Antwerpii" działało lepiej niż „Profesjonalny transport międzynarodowy - oferta dla Państwa firmy". Pierwszy wygląda, jakby pisał go kolega z branży. Drugi krzyczy „mailing" już na liście wiadomości, zanim ktokolwiek go kliknie. W transporcie, gdzie ludzie znają się i piszą do siebie krótko, ten drugi ton zdradza nadawcę natychmiast.

Kilka rzeczy, które działały na temacie, podaję wprost, bo to konkret, który możesz wykorzystać u siebie:

  • Krótko - 3 - 5 słów otwierało się lepiej niż całe zdania. Skrzynka ucina długie tematy w podglądzie i tak
  • Bez wielkich liter i wykrzykników - „SUPER OFERTA!!!" to zaproszenie do folderu spam, dosłownie. Filtry to wyłapują
  • Konkret zamiast obietnicy - nazwa trasy, kierunku, konkretnego problemu działała lepiej niż „oszczędność" czy „najlepsza jakość"
  • Pytanie zamiast stwierdzenia - pytanie w temacie ciągnie do otwarcia, bo mózg chce poznać odpowiedź

I jedna rzecz, której nauczyłem się boleśnie: nie da się napisać jednego najlepszego tematu. To, co działa do spedytora, nie działa do działu zakupów w fabryce. Dlatego każdy segment dostawał własną rodzinę tematów, testowaną osobno. Uniwersalny temat to mit. Jest tylko temat dopasowany do tego konkretnego odbiorcy.

Po co follow-up, skoro pierwszy mail nie zadziałał?

To pytanie słyszę najczęściej, i kryje się za nim błędne założenie - że brak odpowiedzi na pierwszy mail oznacza brak zainteresowania. Nie oznacza. W większości przypadków oznacza po prostu, że człowiek był zajęty, mail przyszedł w złym momencie, albo zniknął pod dwustoma innymi w skrzynce. Brak odpowiedzi to rzadko „nie". Najczęściej to „nie teraz" albo „nie zauważyłem".

Liczby z naszej kampanii były jednoznaczne: znaczna część odpowiedzi przyszła dopiero po drugim, a nawet trzecim mailu. Gdybyśmy zatrzymali się na pierwszym - jak robi większość firm, które „spróbowały cold mailingu i nie działa" - straciłibyśmy grubo ponad połowę spotkań. Follow-up to nie jest naprzykrzanie się. To uznanie faktu, że pierwszy strzał rzadko trafia, bo świat odbiorcy nie kręci się wokół twojego maila.

Ale - i to ważne - follow-up źle zrobiony jest gorszy niż jego brak. Nauczyłem się kilku zasad, które oddzielają przypomnienie od nękania. Po pierwsze, odstęp. Trzy do czterech dni, nie następnego ranka. Po drugie, follow-up musi wnosić coś nowego - inny kąt, inny konkret, inne pytanie - a nie być kopią z dopiskiem „przypominam się". „Czy miał Pan okazję spojrzeć na moją poprzednią wiadomość?" to najgorszy follow-up świata, bo nie daje odbiorcy żadnego nowego powodu, żeby odpisać. Po trzecie, limit. Maksymalnie dwa, trzy razy. Potem dajesz spokój, bo czwarty mail już nie buduje relacji - niszczy ją.

Tę samą logikę przeniosłem później do obsługi własnych kontaktów - opisywałem to w tekście o systemie follow-upów, który pilnuje 26 klientów za mnie. Mechanizm jest identyczny: przypomnienie w odpowiednim odstępie, z nowym powodem, ze sztywnym limitem. Różnica jest tylko taka, że w cold mailingu piszesz do obcych, a tam do ludzi, których już znasz. Reszta zasad się nie zmienia.

Czego nie widać, dopóki maile nie zaczną wpadać do spamu

To jest część, której nikt nie chce słuchać, dopóki go nie zaboli. Dostarczalność, czyli to, czy twój mail w ogóle dotrze do skrzynki odbiorczej, a nie do spamu. Można napisać najlepszy mail świata - jeśli wyląduje w spamie, nie istnieje. A o tym, gdzie wyląduje, decyduje konfiguracja techniczna, o której większość firm nie ma pojęcia, dopóki nie jest za późno.

Trzy skróty, które musisz znać, bo bez nich serwery pocztowe traktują cię jak podejrzanego: SPF, DKIM i DMARC. To są zapisy w ustawieniach twojej domeny, które mówią serwerom odbierającym „tak, ten mail naprawdę pochodzi od tej firmy, a nie od oszusta, który się pod nią podszywa". Wyobraź sobie, że SPF to lista pracowników uprawnionych do wysyłania poczty w imieniu firmy, DKIM to pieczęć potwierdzająca, że list nie został po drodze podmieniony, a DMARC to instrukcja, co zrobić, gdy ktoś próbuje się podszyć. Bez tych trzech rzeczy poprawnie ustawionych Gmail i Outlook od razu patrzą na ciebie krzywo. Z nimi - dają ci kredyt zaufania.

Druga rzecz, którą zignorowałem na starcie i pożałowałem: rozgrzewanie domeny, czyli warm-up. Nowa domena, która nagle zaczyna wysyłać setki maili dziennie, wygląda dla serwerów dokładnie jak spamer. Trzeba ją rozgrzać - przez kilka tygodni wysyłać stopniowo coraz więcej, budując reputację powoli, jak nowy pracownik buduje zaufanie szefa. My używaliśmy trzech dedykowanych domen w rotacji, każda rozgrzewana przed startem. Jeśli odpalisz świeżą domenę na pełnej mocy pierwszego dnia, spalisz ją w tydzień i nie odzyskasz.

I rzecz, którą robiliśmy codziennie, a której prawie nikt nie robi: sprawdzanie, jak nasze maile są oceniane przez filtry antyspamowe, zanim poszły do prospektów. Codzienna kontrola, czy reputacja nie spada, czy któryś dostawca nie zaczął nas blokować, czy bounce nie skoczył. Dostarczalność to nie jest coś, co ustawiasz raz. To coś, czego pilnujesz każdego dnia, jak ciśnienia w oponach. Odpuścisz na tydzień i nagle 30% maili znika w spamie, a ty nie wiesz dlaczego.

Gdzie się przejechałem przez te dwanaście miesięcy

Skoro obiecałem pokorę, to teraz lista rzeczy, na których oberwałem. Bo o sukcesach cold mailingu przeczytasz w każdej prezentacji sprzedażowej, a o porażkach prawie nigdzie - a to z nich nauczyłem się najwięcej.

Pierwszy błąd, ten z początku tekstu: zaufałem danym, których nie sprawdziłem. Literówka w imieniu, zła nazwa firmy zaciągnięta ze starej bazy, raz nawet mail do firmy, która rok wcześniej zamknęła działalność. Każda taka wpadka to nie tylko zmarnowany mail - to sygnał dla odbiorcy „oni nawet nie wiedzą, do kogo piszą". Od tej pory każda lista przechodziła weryfikację przed wysyłką, a nie po pierwszej reklamacji.

Drugi błąd: za szybko, za dużo. W euforii pierwszych dobrych wyników podkręciłem wolumen, żeby „wykorzystać moment". Efekt? Skoczył bounce, spadła dostarczalność, a maile, które wcześniej wpadały do skrzynki, zaczęły lądować w spamie. Musiałem cofnąć tempo i odbudować reputację domeny przez kolejne tygodnie. Lekcja: cold mailing nagradza cierpliwość i karze pośpiech. Zawsze.

Trzeci błąd, najbardziej wstydliwy: mierzyłem nie to, co trzeba. Przez jakiś czas cieszyłem się open rate'em, bo wyglądał ładnie w raporcie dla klienta. Ale klient nie płaci za otwarcia. Płaci za spotkania i kontrakty. Kiedy przestawiłem metrykę z „ile otwarć" na „ile rozmów handlowych i ile z nich kontraktów", cała kampania zmieniła kierunek. Niektóre segmenty z wysokim open rate dawały zero biznesu, a niektóre z przeciętnym otwieraniem dowoziły realne zlecenia. Bez tej zmiany optymalizowałbym w nieskończoność liczbę, która nie płaci rachunków.

Wspólny mianownik tych trzech błędów jest jeden: każdy brał się z patrzenia na to, co łatwo zmierzyć, zamiast na to, co naprawdę się liczy. Cold mailing pełen jest ładnych liczb, które nic nie znaczą. Sztuką jest patrzeć przez nie na te, które płacą za benzynę do ciężarówek.

Od czego zacząć, jeśli chcesz to u siebie

Gdybym miał poukładać to dla firmy, która chce wejść w cold mailing B2B i nie spalić sobie domeny w pierwszym tygodniu, kolejność jest taka:

1. Najpierw technika, dopiero potem treść. Ustaw SPF, DKIM i DMARC na domenie, z której będziesz wysyłać. Najlepiej na osobnej domenie, nie tej, na której masz firmową pocztę - żeby ewentualny problem z reputacją nie zatruł twojej głównej skrzynki. 2. Rozgrzej domenę przed startem. Kilka tygodni stopniowego zwiększania wolumenu. Tak, to nudne i opóźnia start. Tak, pominięcie tego kroku zniszczy ci kampanię. 3. Zbuduj małą, dobrą listę zamiast dużej byle jakiej. 300 - 500 ręcznie sprawdzonych firm, które naprawdę mogą kupić to, co sprzedajesz. Każdy adres zweryfikowany. Każda firma pasująca do profilu. 4. Segmentuj, zanim napiszesz pierwsze słowo. Podziel listę na grupy o wspólnej potrzebie i napisz do każdej osobno. Jeden mail do wszystkich to mail do nikogo. 5. Zaplanuj follow-up od razu, nie po fakcie. Drugi i trzeci mail, każdy z nowym kątem, w odstępie kilku dni. To tam jest większość odpowiedzi. 6. Mierz spotkania i kontrakty, nie otwarcia. Open rate to próżność. Rozmowa handlowa to biznes.

Nie potrzebujesz do tego działu marketingu ani wielkiego budżetu na narzędzia. Potrzebujesz cierpliwości przy technice, uczciwości przy liście i kogoś, kto napisze treść jak człowiek do człowieka, a nie jak generator ofert. Reszta to konsekwencja.

Czy każdej firmie to się opłaca?

Powiem coś, czego nie usłyszysz od agencji, która chce ci sprzedać kampanię: nie każdej firmie cold mailing B2B się opłaca. I czasem odradzam go klientom, choć mógłbym na nim zarobić.

Jeśli sprzedajesz do bardzo wąskiego rynku - powiedzmy dziesięciu firm w Polsce, które w ogóle mogą być twoim klientem - nie buduj maszyny do mailingu. Zadzwoń do nich albo umów się na kawę. Cold mailing ma sens przy skali: gdy twój rynek to setki czy tysiące potencjalnych odbiorców, których fizycznie nie obdzwonisz. W transporcie ta skala jest, bo spedycji, producentów i zleceniodawców są tysiące. W niszy, gdzie wszyscy się znają, mail traci sens wobec telefonu.

Drugi warunek to powtarzalność oferty. Cold mailing świetnie sprawdza się tam, gdzie sprzedajesz w miarę jednorodną usługę wielu podobnym odbiorcom - jak wolne moce przewozowe na konkretnych trasach. Gorzej, gdy każdy klient wymaga zupełnie innej, skomplikowanej rozmowy od pierwszego kontaktu. Wtedy mail co najwyżej otwiera drzwi, ale całą sprzedaż i tak robi człowiek - i trzeba to uczciwie wkalkulować w koszty.

I rzecz najważniejsza, którą mówię na pierwszym spotkaniu każdemu: cold mailing to nie jest przycisk „więcej klientów". To narzędzie, które wymaga konfiguracji, cierpliwości i pilnowania. Firma, która szuka magicznego automatu dającego leady bez nadzoru, będzie rozczarowana. Firma, która rozumie, że to żmudna, powtarzalna robota dobrze poukładana - dostanie z tego realny strumień rozmów. Różnica jest w oczekiwaniach, nie w narzędziu.

Co z tego roku zostaje

Po dwunastu miesiącach klient miał pełniejszą skrzynkę zapytań, kilka domkniętych kontraktów i coś, czego wcześniej nie miał - przewidywalny dopływ rozmów handlowych zamiast czekania, aż ktoś sam zadzwoni. Liczby z najlepszego okresu, te 47% otwarć i 102 spotkania, wyglądają efektownie. Ale nie one są tym, co naprawdę zostało.

Zostało zrozumienie, że cold mailing nie jest grą na ilość. Jest grą na precyzję - dobrej listy, dobrego pierwszego zdania, dobrego momentu na follow-up i żelaznej dyscypliny przy dostarczalności. Najgorsze kampanie, jakie widziałem, nie przegrywały dlatego, że ktoś źle napisał maila. Przegrywały, bo ktoś chciał wysłać dziesięć tysięcy maili do byle kogo i nazwać to strategią. A najlepsze wygrywały ciszej: mniejszą listą, lepszym mailem, większą cierpliwością. W transporcie, jak i wszędzie indziej, wygrywa nie ten, kto wysłał najwięcej. Wygrywa ten, kto trafił do właściwych ludzi z czymś, co brzmiało jak rozmowa, a nie jak oferta.

Słownik pojęć

  • Cold mailing - wysyłanie maili do firm lub osób, z którymi wcześniej nie miałeś kontaktu, w celu nawiązania współpracy. „Cold", bo odbiorca cię nie zna i niczego od ciebie nie oczekuje.
  • Open rate - odsetek odbiorców, którzy otworzyli twojego maila. Mówi tylko o tym, czy temat był na tyle dobry, że ktoś kliknął - nic o tym, czy odpisał.
  • Reply rate - odsetek odbiorców, którzy odpowiedzieli na maila. Ważniejszy od open rate, bo odpowiedź to początek rozmowy, a otwarcie tylko jej szansa.
  • Bounce rate - odsetek maili, które się odbiły, bo trafiły na nieistniejącą lub zablokowaną skrzynkę. Wysoki bounce psuje reputację nadawcy i zaniża dostarczalność reszty maili.
  • Dostarczalność (deliverability) - to, czy twój mail dociera do skrzynki odbiorczej, czy ląduje w spamie. Zależy od konfiguracji technicznej domeny i reputacji nadawcy, nie od treści.
  • SPF, DKIM, DMARC - zapisy w ustawieniach domeny, które potwierdzają serwerom pocztowym, że mail naprawdę pochodzi od ciebie, a nie od kogoś podszywającego się pod twoją firmę. Bez nich maile częściej trafiają do spamu.
  • Warm-up (rozgrzewanie domeny) - stopniowe zwiększanie liczby wysyłanych maili z nowej domeny przez kilka tygodni, żeby zbudować reputację nadawcy. Nowa domena wysyłająca od razu dużo wygląda dla serwerów jak spamer.
  • Segmentacja - podział listy odbiorców na grupy o wspólnej cesze lub potrzebie, żeby napisać do każdej osobno dopasowaną treść zamiast jednego maila do wszystkich.

Zanim wyślesz pierwszą kampanię, pogadajmy, gdzie najłatwiej się sparzyć

Jeśli prowadzisz firmę i myślisz o cold mailingu B2B - albo już próbowałeś i maile lądowały w spamie - napisz do mnie na j.cybulski@idea4me.pl. Najwięcej powiem ci nie o tym, jak napisać dobry mail, bo to akurat da się opanować. Powiem ci, gdzie po drodze najłatwiej zniszczyć sobie domenę, listę i reputację w branży, zanim w ogóle zaczniesz zbierać odpowiedzi. Bo ten rok nauczył mnie, że w cold mailingu nie wygrywa się dobrym mailem. Wygrywa się tym, że nie popełnia się błędów, których nie da się cofnąć.

Więcej o tym, jak wygląda współpraca ze mną - od pierwszej rozmowy po wdrożenie.

Sprawdzone na
własnej firmie
cybulski.ai JC
You've successfully subscribed to cybulski.ai
Great! Next, complete checkout for full access to cybulski.ai
Welcome back! You've successfully signed in.
Unable to sign you in. Please try again.
Success! Your account is fully activated, you now have access to all content.
Error! Stripe checkout failed.
Success! Your billing info is updated.
Error! Billing info update failed.