"A ile kosztuje zrobienie apki?" - to pytanie pada na co drugim spotkaniu, zaraz po "czy AI nam tu pomoże". Odpowiadam: prosta aplikacja mobilna dla małej firmy to u nas okolice 10 000 PLN. I wtedy widzę dwie reakcje naraz, czasem na jednej twarzy. Jedna to ulga, bo ktoś słyszał o wycenach 80 - 150 tysięcy i już się spinał. Druga to podejrzliwość: skoro tamci liczą sto tysięcy, to co jest nie tak z apką za dziesięć?
Nic nie jest nie tak. Po prostu słowo "aplikacja" oznacza dwadzieścia różnych rzeczy, a cena idzie za tym, którą z nich naprawdę zamawiasz. Prowadzę agencję, która robi takie apki dla MŚP - między innymi aplikację kibica dla związku sportowego i narzędzie dla firmy z branży transportowej - i wszystko, czego uczę klientów, najpierw robię u siebie. Więc nie opowiem ci teorii. Rozbiorę tę dziesiątkę na części: co za nią realnie dostajesz, gdzie się kończy, i kiedy uczciwie mówię klientowi, żeby tej apki w ogóle nie zamawiał. To ostatnie usłyszysz rzadko, bo trudno zarobić na odradzaniu.
Spis treści
- Dlaczego jedna apka kosztuje 10 tysięcy, a druga 150?
- Co fizycznie dostajesz za te 10 000 PLN?
- Czego za dziesiątkę nie ma - i lepiej, żebyś wiedział z góry
- Skąd się bierze ta cena, gdy rozłożyć ją na pracę?
- A co z iPhone'ami? Pytanie, które zawsze pada
- Co się dzieje po oddaniu apki, czyli ukryty koszt utrzymania
- Gdzie wchodzi AI, a gdzie to zwykły dobry kod
- Kiedy odradzam aplikację, choć mógłbym ją sprzedać
- Jak rozmawiać o wycenie, żeby nie przepłacić i nie wpaść
- Co z tej dziesiątki zostaje
- Słownik pojęć
Dlaczego jedna apka kosztuje 10 tysięcy, a druga 150?
Wyobraź sobie, że pytasz "ile kosztuje samochód". Odpowiedź "od 30 tysięcy do dwóch milionów" jest prawdziwa i kompletnie bezużyteczna, dopóki nie powiesz, czy chcesz dojeżdżać do pracy, czy ścigać się na torze. Z aplikacjami jest dokładnie tak samo, tylko że klient rzadko wie, że właśnie zadał pytanie o "samochód", a nie o "ten konkretny samochód, który mu się przyda".
Apka za 150 tysięcy to zwykle coś, co ma własne logowanie z bezpieczeństwem na poziomie banku, płatności w środku, synchronizację między urządzeniami w czasie rzeczywistym, panel dla setek pracowników, integracje z trzema systemami klienta i wymóg, żeby działała identycznie na telefonie sprzed pięciu lat i na najnowszym. Każda z tych rzeczy to nie funkcja - to osobny mały projekt z własnymi pułapkami.
Apka za 10 tysięcy robi jedną rzecz dobrze. Pokazuje informacje, pozwala coś zgłosić, wyświetla terminarz, przyjmuje formularz, wysyła powiadomienie. Ma sensowny ekran, działa stabilnie, jest w sklepie, da się ją zaktualizować. I to wystarcza zaskakująco często - bo większość firm na 10 - 50 osób nie potrzebuje apki bankowej. Potrzebuje narzędzia, które rozwiązuje jeden konkretny ból, i które ich klient albo pracownik faktycznie otworzy.
Cała sztuka wyceny polega na tym, żeby nie zapłacić za tor wyścigowy, gdy potrzebujesz dojechać do pracy. I odwrotnie - żeby nie kupić auta miejskiego, którym za pół roku będziesz chciał wjechać w teren, na który nie ma podwozia.
Co fizycznie dostajesz za te 10 000 PLN?
Tu zrobię coś, czego oferty zwykle nie robią - rozpiszę to po ludzku, rzecz po rzeczy. Bo "aplikacja mobilna - 10 000 PLN" w mailu wygląda jak jedna pozycja, a jest workiem konkretnych prac, które ktoś musi wykonać.
Działającą apkę na Androida, napisaną raz, sensownie
Nasze aplikacje budujemy we Flutterze. To technologia, w której piszesz kod jeden raz, a on działa i na Androidzie, i na iOS - zamiast pisać wszystko dwa razy, osobno na każdy system. Dla ciebie oznacza to jedno: mniej godzin pracy zamkniętych w cenie, więc taniej. Aplikacja kibica, którą zrobiliśmy dla związku hokeja na trawie, ma zakładki na żywo, terminarz, tabele, składy drużyn, aktualności - i to wszystko jest w jednej, zwartej apce, która waży około 48 megabajtów i instaluje się w kilka sekund.
Publikację w Google Play, czyli apkę, którą da się normalnie pobrać
To brzmi banalnie, dopóki nie zrobisz tego pierwszy raz. Wrzucenie aplikacji do sklepu Google to nie "przeciągnij plik" - to konto dewelopera (jednorazowo 25 USD u Google), opis, zrzuty ekranu, polityka prywatności, deklaracje o tym, jakie dane apka zbiera, podpisanie aplikacji własnym kluczem i przejście weryfikacji Google, która potrafi odbić apkę za drobiazg. W cenie jest to, że ktoś przez to przeprowadzi i twoja apka faktycznie pojawi się w sklepie, a nie utknie na etapie "odrzucono, popraw punkt 4".
Backend i panel, jeśli apka musi mieć skąd brać dane
Apka, która tylko wyświetla statyczny ekran, jest rzadka. Najczęściej coś pokazuje - terminarz, który się zmienia, zgłoszenia, które ktoś musi odczytać, treści, które trzeba aktualizować. To wszystko mieszka na serwerze, a ty musisz mieć gdzie to wpisywać. Więc w realnej apce jest też backend (serwer, który trzyma dane) i prosty panel administracyjny, w którym ty albo twój pracownik dodajecie treści bez dzwonienia do nas. W naszej apce sportowej z tego panelu administrator wrzuca aktualność albo wysyła powiadomienie do kibiców jednym kliknięciem.
Powiadomienia push, jeśli mają sens
Powiadomienie, które ląduje na ekranie telefonu - "mecz za godzinę", "twoje zgłoszenie przyjęte" - to dla wielu apek najważniejsza funkcja, bo to jedyny moment, gdy apka sama przypomina o sobie. Technicznie to osobny kawałek układanki (po stronie Google nazywa się to FCM), który trzeba podłączyć, przetestować i obsłużyć w panelu. U nas to jest w standardzie tam, gdzie powiadomienia mają robotę do wykonania.
Logowanie i konta, gdy apka jest osobista
Jeśli użytkownik ma mieć swoje konto - ulubione drużyny, swoje zgłoszenia, swoją historię - dochodzi rejestracja, logowanie (na przykład przez konto Google, żeby nikt nie wymyślał kolejnego hasła) i obsługa zgód zgodnych z RODO. W apce kibica każdy może założyć konto, wskazać ulubione kluby i osobno zdecydować, na co się zgadza: regulamin, marketing, przekazanie danych sponsorom. To nie ozdoba - to wymóg prawa, i albo jest zrobione porządnie, albo jest miną.
Zsumuj to wszystko, a "apka za 10 tysięcy" przestaje wyglądać na podejrzanie tanią. Wygląda na uczciwie wycenioną pracę, w której nie ma marży za markę i nie ma trzech warstw podwykonawców, każda ze swoim narzutem.
Czego za dziesiątkę nie ma - i lepiej, żebyś wiedział z góry
Tu będę nieprzyjemnie szczery, bo to ważniejsze niż lista tego, co dostajesz. Najwięcej rozczarowań w projektach software bierze się nie z tego, co obiecano, tylko z tego, co klient sobie dośpiewał.
Za 10 tysięcy nie dostaniesz aplikacji, która robi wszystko. Dostajesz apkę, która robi to, co ustaliliśmy na początku - i tylko to. Jeśli w trakcie dojdzie pomysł "a dorzućmy jeszcze płatności w środku" albo "niech to się synchronizuje z naszym systemem magazynowym", to jest nowy zakres i nowa wycena. Nie dlatego, że ktoś jest sztywny. Dlatego, że płatności w apce to osobny projekt z własnym bezpieczeństwem i własnymi zgodami, a integracja z cudzym systemem zależy od tego, czy ten system w ogóle ma jak się połączyć.
Nie dostaniesz też za tę kwotę rozbudowanego panelu dla wielu działów z rolami, uprawnieniami i raportami. To już osobna liga. Dla porównania - w tej samej rozmowie z firmą transportową prosta apka mobilna wyceniona była na 10 tysięcy, a duży panel webowy do zarządzania całością na 30 tysięcy. Trzy razy tyle, bo to trzy razy więcej myślenia, ekranów i przypadków brzegowych do obsłużenia.
Nie dostaniesz gwarancji, że apka będzie żyła sama przez pięć lat bez grosza. Systemy się zmieniają, Google co roku podnosi wymagania, telefony się starzeją. O tym za chwilę osobno, bo to jest ten koszt, którego nikt nie lubi wymieniać na początku - a ja wolę go wymienić.
I nie dostaniesz apki na iPhone'a "przy okazji za darmo", mimo że technicznie kod jest wspólny. Dlaczego - tłumaczę niżej.
To nie są wady oferty za 10 tysięcy. To są jej granice. Różnica jest taka, że uczciwa wycena te granice rysuje na wstępie, a nieuczciwa odkrywa je dopiero, gdy już podpisałeś.
Skąd się bierze ta cena, gdy rozłożyć ją na pracę?
Lubię, gdy klient rozumie, za co płaci, bo wtedy nie ma poczucia, że kupuje kota w worku. Więc rozłóżmy dziesiątkę na godziny, choć z grubsza.
Apka to nie tylko pisanie kodu. To rozmowa, w której ustalamy, co ta apka ma robić i czego świadomie nie będzie robić - i to jest najważniejsza godzina w całym projekcie, bo źle ustawiony zakres potrafi wywrócić budżet. Potem projekt ekranów, żeby to było czytelne dla zwykłego człowieka, a nie tylko dla nas. Potem samo programowanie - i to jest największy kawałek. Potem backend i panel, jeśli są. Potem testy na realnych telefonach, bo to, co działa na emulatorze, lubi się sypać na prawdziwym sprzęcie sprzed trzech lat. I na końcu publikacja w sklepie, z całą tą papierologią Google.
Te 10 tysięcy to jest cena, w której apka jest prosta, zakres jest jasny, a my korzystamy z tego, że część rzeczy mamy już ograną z poprzednich projektów - logowanie, powiadomienia, panel. Nie wymyślamy ich od zera za każdym razem, więc nie każemy ci za to płacić od zera. To trochę jak z budową domu z gotowych, dobrych elementów zamiast rzeźbienia każdej cegły ręcznie. Efekt solidny, czas krótszy, cena ludzka.
Gdy pada to świadome rozłożenie, znika magia "software jest drogie, bo software". Software jest drogie, gdy jest skomplikowane. Gdy jest proste i dobrze zaplanowane, jest po prostu rzetelnie wycenioną robotą. O tym, jak liczyć takie koszty bez samooszukiwania, pisałem szerzej w tekście ile naprawdę kosztuje AI w firmie - ta sama logika działa dla każdego software'u.
A co z iPhone'ami? Pytanie, które zawsze pada
"Skoro Flutter pisze raz na oba systemy, to apka na iPhone'a jest za darmo?" - logiczne pytanie i muszę je rozbroić, bo odpowiedź jest "i tak, i nie".
Tak - kod jest w dużej mierze wspólny, więc nie piszemy aplikacji drugi raz od początku. Nie - bo iOS ma własny, osobny tor publikacji, który kosztuje pracę i pieniądze niezależnie od kodu. Konto dewelopera Apple to nie jednorazowe 25 dolarów jak u Google, tylko 99 dolarów rocznie. Sklep App Store sprawdza apki ostrzej i wolniej niż Google. Testowanie na iPhone'ach wymaga sprzętu Apple. I część funkcji zachowuje się na iOS inaczej, więc trzeba je dopieścić osobno i osobno przetestować.
Dlatego w pierwszej, najtańszej wersji najczęściej zaczynamy od Androida. Nie dlatego, że iOS się nie da - da się i robimy to. Tylko dlatego, że w Polsce wśród klientów MŚP i ich odbiorców Android to często większość rynku, a dołożenie iOS to realny dodatkowy nakład, nie zaokrąglenie. Uczciwie: jeśli twoi użytkownicy to w połowie iPhone'y, planujemy iOS od razu i mówię to wprost na wycenie. Jeśli to głównie Android - zaczynamy od niego i iOS dokładamy, gdy apka się sprawdzi i będzie po co.
Co się dzieje po oddaniu apki, czyli ukryty koszt utrzymania
To jest ta część rozmowy, którą najbardziej lubię, bo jej prawie nikt nie zaczyna pierwszy - a powinien. Apka to nie obraz, który wieszasz na ścianie i masz spokój. Apka to bardziej jak samochód: kupiłeś, ale potem są przeglądy, paliwo i czasem niespodzianka u mechanika.
Co składa się na ten ciągły koszt? Serwer, na którym mieszka backend - to miesięczny abonament, u nas dla apki z panelem to rząd kilkuset złotych miesięcznie, zależnie od skali i tego, czy chcesz kopie zapasowe (a chcesz). Aktualizacje pod nowe wymagania Google, które co roku zmienia zasady i potrafi zażądać, żeby apka spełniła nowy standard, bo inaczej wyleci ze sklepu. Drobne poprawki, gdy coś się gdzieś zatnie. I rozwój, gdy po pół roku używania okazuje się, że przydałaby się jeszcze jedna funkcja.
U nas standardem bywa, że pierwsze pół roku utrzymania jest w cenie - żeby firma spokojnie weszła w apkę, a my wyłapali, co działa w praktyce inaczej niż w planie. Potem to przechodzi w niewielki, przewidywalny abonament. Ważne, żebyś tę pozycję widział od początku i wliczył w decyzję. Bo apka za 10 tysięcy, której utrzymania nikt ci nie wymienił, potrafi być droższa od apki za 15 tysięcy, w której utrzymanie było uczciwie rozpisane. Tania metka to nie zawsze tani projekt.
Najgorsze, co możesz usłyszeć od wykonawcy, to cisza na temat utrzymania. Jeśli nikt ci o nim nie mówi, nie znaczy, że go nie ma. Znaczy, że dowiesz się o nim później, w gorszym momencie.
Gdzie wchodzi AI, a gdzie to zwykły dobry kod
Skoro robię to w agencji od AI, padnie pytanie, gdzie tu jest sztuczna inteligencja. Odpowiem wbrew własnemu interesowi: w prostej apce mobilnej AI zwykle nie jest sercem, i bardzo dobrze.
Większość tego, co apka robi - pokazuje terminarz, przyjmuje zgłoszenie, wysyła powiadomienie - to zwykły, solidny kod, który ma działać niezawodnie i nudno. Nie chcesz, żeby coś "kreatywnego" decydowało, czy mecz jest o 17, czy o 18. AI wchodzi tam, gdzie pojawia się decyzja albo treść: gdy apka ma podpowiedzieć, streścić, opisać zgłoszenie własnymi słowami, posegregować to, co wpada od użytkowników, albo odpowiedzieć na pytanie zamiast odsyłać do regulaminu na dziesięć stron.
I tu jest sedno wyceny: jeśli ktoś sprzedaje ci "apkę z AI" za 10 tysięcy, dopytaj, gdzie konkretnie to AI siedzi i jaką robotę odwala. Czasem to realna, użyteczna funkcja. Czasem to słowo doklejone do oferty, żeby brzmiała nowocześnie. Mit, że dorzucenie AI automatycznie czyni apkę lepszą, kosztuje firmy realne pieniądze - tak samo jak dziesiątki innych mitów, o których słyszałem, gdy rozmawiałem z 30 właścicielami firm o barierach przed AI. Dobra apka rozwiązuje twój problem. To, czy w środku jest AI, jest środkiem do celu, nie celem.
Kiedy odradzam aplikację, choć mógłbym ją sprzedać
Teraz część, na której nie zarabiam, więc tym chętniej ją piszę. Nie każda firma, która chce apkę, powinna ją zamawiać. I mówię to klientom wprost, czasem na pierwszym spotkaniu, zanim ktokolwiek wyciągnie umowę.
Odradzam apkę, gdy to, co ma robić, świetnie zrobi zwykła strona internetowa otwierana na telefonie. Jeśli twoi użytkownicy mają do ciebie wejść raz na kwartał, sprawdzić cennik i wyjść - nie zainstalują w tym celu apki, a ty zapłacisz za coś, co stoi puste w sklepie. Strona zrobi to taniej i nikt nie musi niczego pobierać.
Odradzam apkę, gdy nikt jej nie otworzy regularnie. Apka żyje z tego, że wracasz - terminarz, powiadomienia, konto, coś, po co sięgasz co tydzień. Jeśli takiego powodu nie ma, apka będzie najdroższą ikoną, jaką nikt nie kliknie. Twardo pytam klienta: co sprawi, że ktoś otworzy to po raz dziesiąty? Jeśli nie ma dobrej odpowiedzi, nie ma apki.
Odradzam ją też, gdy budżet jest na sam start, a nie na życie. Bo - jak pisałem wyżej - apka ma utrzymanie. Jeśli ktoś ledwo spina dziesiątkę na budowę i nie ma marginesu na serwer i aktualizacje, lepiej zacząć od czegoś lżejszego i dołożyć apkę, gdy firma na to dojrzeje. Wepchnięcie projektu, na który nie ma oddechu, kończy się porzuconą apką i żalem do całego pomysłu.
To jest, swoją drogą, szersza prawda o software'ie. Najgorsze projekty, jakie widziałem, nie były te źle napisane. Były te, które nie powinny powstać - bo rozwiązywały problem, którego firma nie miała, albo robiły aplikacją to, co lepiej zrobiłaby strona za ułamek ceny.
Jak rozmawiać o wycenie, żeby nie przepłacić i nie wpaść
Gdybyś jutro miał pytać o apkę - kogokolwiek, niekoniecznie nas - oto pytania, które oddzielają uczciwą wycenę od ładnie opakowanej:
1. Co dokładnie wchodzi w cenę, a co jest osobno? Niech zakres będzie wypisany, nie domyślny. Każde "to się dogada w trakcie" to miejsce, gdzie później urośnie rachunek. 2. Na jaki system robimy najpierw i dlaczego? Android, iOS, oba - i jaki to ma związek z tym, kim są twoi użytkownicy. Odpowiedź "obydwa, bo tak lepiej" bez pytania o twoich odbiorców to czerwona flaga. 3. Jaki jest koszt utrzymania po oddaniu? Serwer, aktualizacje, poprawki - w złotówkach miesięcznie, nie ogólnikiem. Brak odpowiedzi tu jest najdroższy. 4. Czyj jest kod i klucz do apki na koniec? Chcesz mieć pewność, że apka jest twoja, a nie zakładnikiem wykonawcy. To się ustala na początku, nie przy rozstaniu. 5. Co się stanie, gdy zechcę dołożyć funkcję za pół roku? Dobra apka jest zbudowana tak, żeby dało się ją rozwijać, a nie przepisywać od zera. Spytaj, czy myślano o tym na starcie.
Pięć pytań, kwadrans rozmowy, a oszczędza miesiące nieporozumień. Nie chodzi o to, żeby przyłapać wykonawcę. Chodzi o to, żebyście rozumieli to samo, zanim ktokolwiek zacznie kodować.
Co z tej dziesiątki zostaje
Aplikacja mobilna za 10 000 PLN to nie magia i nie podejrzanie tani trik. To uczciwa cena za prostą, dobrze zbudowaną apkę na Androida, napisaną raz w technologii, która oszczędza godziny, wystawioną w sklepie i wyposażoną w to, co naprawdę potrzebne - panel, powiadomienia, konta tam, gdzie mają sens. Ani grosza za markę, ani warstwy podwykonawców z narzutem.
Ta sama dziesiątka nie kupi ci apki bankowej, integracji z połową twoich systemów ani gwarancji, że przez pięć lat nie dołożysz złotówki. I nie powinna - bo gdybyś tego potrzebował, byłaby to inna apka i inna cena. Cała sztuka to wiedzieć, którą z dwudziestu rzeczy nazywanych "aplikacją" naprawdę zamawiasz.
Najwięcej wart jest moment przed wyceną, nie po niej. Gdy szczerze odpowiesz sobie, kto tę apkę otworzy, po co wróci do niej dziesiąty raz i czy stać cię nie na start, ale na życie projektu - wtedy 10 tysięcy jest jedną z lepszych inwestycji, jakie zrobi twoja firma. A gdy odpowiedzi nie ma, najtańsza apka to ta, której nie zamówiłeś.
Słownik pojęć
- Flutter - technologia, w której aplikację pisze się raz, a działa i na Androidzie, i na iPhonie. Skraca pracę i obniża koszt, bo nie trzeba budować dwóch osobnych apek.
- Backend - serwer, na którym mieszkają dane apki: terminarze, zgłoszenia, treści. Apka wyświetla to, co backend jej poda. To on ma swój miesięczny koszt utrzymania.
- Panel administracyjny - strona, w której ty albo twój pracownik dodajecie treści i zarządzacie apką bez dzwonienia do programisty. Dzięki niemu apka żyje samodzielnie.
- Push (powiadomienie push) - komunikat, który ląduje na ekranie telefonu, nawet gdy apka jest zamknięta. U Google obsługuje to usługa zwana FCM. To często najważniejszy powód, dla którego ktoś apkę w ogóle zainstaluje.
- Google Play / App Store - sklepy z aplikacjami: Google dla Androida, App Store dla iPhone'a. Każdy ma własne zasady, opłaty i weryfikację, przez którą apka musi przejść, zanim trafi do pobrania.
- Klucz podpisu (keystore) - cyfrowy podpis, którym sygnowana jest twoja apka. Kto go ma, ten panuje nad aktualizacjami. Dlatego warto ustalić na początku, że należy do ciebie.
Zanim zapłacisz za "apkę", sprawdźmy, czy na pewno jej potrzebujesz
Jeśli nosisz się z pomysłem na aplikację dla swojej firmy, napisz do mnie na j.cybulski@idea4me.pl. Najpierw zadam ci kilka niewygodnych pytań - kto to otworzy, po co wróci, czy strona nie zrobi tego taniej - i czasem skończy się na tym, że odradzę apkę i zaproponuję coś prostszego. A gdy apka faktycznie ma sens, rozpiszę wycenę tak, żebyś widział każdą złotówkę i wiedział, co za nią dostajesz, a czego nie. Bo najgorsza apka to ta, której granic nikt ci nie pokazał przed podpisem.
Więcej o tym, jak wygląda współpraca ze mną - od pierwszej rozmowy po wdrożenie.
własnej firmie cybulski.ai JC


